A Place to Bury Strangers – Onwards to the Wall
Pamiętam, jak przed koncertem A Place to Bury Strangers słyszałem o nowojorczykach, że to sceniczne bestie, które ogłuszą mnie nieludzką ilością decybeli i z łatwością wypatroszą niekończącymi się sprzężeniami. Nie bardzo dawałem temu wiary, mając w pamięci dwa wprawdzie hałaśliwe, ale raczej niepozorne, krążki. W dniu występu opadła mi jednak szczęka z wrażenia. W kontekście tego, co zobaczyłem, w sumie niezgorsza dyskografia noise rockowej formacji pozostaje jednym z największych życiowych zawodów. Zarejestrowany materiał zupełnie nie oddaje tej opętańczej pasji, jaką poczuć można podczas spotkania twarzą w twarz z trio.
Onwards to the Wall poprawy w tej kwestii nie przynosi, a ponadto otwiera w karierze grupy zupełnie nowy etap, który nie do końca wszystkich może usatysfakcjonować. Debiut i Exploding Head charakteryzowały się dość zróżnicowanym brzmieniem korzystającym z całego spektrum gitarowych wątków, tak rozmazanego jednak, że do dzisiaj mam problemy z rozróżnieniem poszczególnych piosenek, które skryte są między warstwami rzężenia i setkami zgrzytów czy metalicznych pogłosów. To w sumie całkiem fajne, gdy ma się w nosie oryginalność i cytaty z My Bloody Valentine czy Jesus and Mary Chain przyjmuje z otwartymi ramionami. Bo czemu nie? EP-ka zbija zaś wszystko do formatu kwadransowego wydawnictwa z “hitami” o wyraźnie post-punkowej motoryce ubabranej gotycką pustką obficie używanych wokali. Każdy jeden taki sam i słucha się tego dobrze, ale można odnieść wrażenie, że to niedokończone szkice The Soft Moon albo powrót Dum Dum Girls do szorstkiego grania. Zbyt grzecznie, by się zachwycić.
Tak btw, “wnuczkowie shoegaze’u”, nie?
Łukasz Warna-Wiesławski, 9 lutego 2012 o 17:49





Komentarze