Blondes – Blondes
RVNG Intl., 2012
Pierwszy album długogrający Blondes był w trzech czwartych znany już od dłuższego czasu, ale dobrze mieć te utwory zebrane w jednym miejscu. Rozciągnięty do godziny materiał nabiera wybitnie psychodelicznych właściwości, zlewając się w jedną długą ścieżkę niekończącego się syntezatorowego pulsu. Tak jak parkietowe przeboje przypominają często mocno skompresowane pętle o zdecydowanie użytkowej funkcji, tak nowojorski duet jest w stanie wprowadzić w dużo intensywniejszy stan, stawiając wyłącznie na analogową naturalność i przestrzeń.
Kawałki rejestrowane są na żywo i to zdecydowanie słychać. Dzięki nieklubowemu podejściu do house’u, rezultatem są dźwięki gdzieś na przecięciu dróg między słodkością There Is Love in You, transowością From Here We Go Sublime i narkotyczną błogością The Orb’s Adventures Beyond the Ultraworld. Przykłady można tej trochę tanecznej elektroniki wymieniać, a Blondes wpisują się wspaniale w trend, uzupełniając wszystko wyraźnym wpływem niemieckich eksperymentów z okresu muzyki progresywnej.
Choć materiał ma raczej naturę słuchawkowo-sypialnianą, to i tak prezentuje się nieco żwawiej niż wydana dwa lata temu EP-ka Touched. Delikatny sygnał co do artystycznego charakteru projektu daje sampel użyty w pierwszym tracku zatytułowanym “Lover” – opierając się na Meredith Monk, Blondes otwierają płytę w ekstatyczny sposób, nakładając i zdejmując kolejne warstwy utworu mamiącego zmysły swoim nieokiełznanym pięknem. Przeciwieństwem ma być następujący po nim “Hater”, który faktycznie kontruje spontaniczne emocje chłodnymi arpeggiami i zdigitalizowanymi melodiami, ale flow wydawnictwa sprawia, że to raczej kontynuacja. Kawałki zostały podzielone na cztery takie pary o kosmicznej palecie barw, a zamierzeniem było wywołanie efektu dwoistości.
Mimo konceptualnej opozycji, łatwiej dostrzec jednak podobieństwa. Poza wieńczącym krążek ambientowym “Amber”, wszystkie numery jednakowo wprowadzają w stan euforii budowanym powoli napięciem uwalnianym w kulminacyjnych punktach. Wrażenia zwielokrotnione zostają dzięki wielopiętrowej produkcji oraz śmiałemu korzystaniu z ziarnistych i rozpikselowanych dźwięków kontrastujących z rajskimi loopami. Efektem album wyjątkowego uroku, pełną uniesienia repetycją sprawiający, że słuchając Blondes drżę z podekscytowania i wciskam ponownie play, gdy tylko wybrzmi ostatnia sekunda albumu.
Łukasz Warna-Wiesławski, 8 lutego 2012 o 17:03



Komentarze