Burial – Kindred
Hyperdub, 2012
Format EP-ki zdecydowanie służy Burialowi. Jego krótkie wydawnictwa z ostatnich miesięcy są w stanie oddać perfekcyjnie charakterystyczny nastrój wypracowany przez ponad siedem lat działalności. Jednocześnie pozostawiają uczucie niedosytu, które nakręca pożądliwą aurę wokół producenta. Kiedy w końcu ukaże się ten nowy album? Co z następcą Untrue? Nie jestem do końca pewien czy Bevan w ogóle o tym myśli. Kto wie czy Kindred to czasem nie jego najbardziej udana płyta.
Półgodzinne wydawnictwo to zaledwie trzy nowe utwory, ale spokojnie można je podzielić na kilka krótszych segmentów. Jedynym zastrzeżeniem, jakie miałbym do krążka to właśnie fakt, że utwór tytułowy i “Ashtray Wasp” to tak naprawdę cztery kawałki. Pochwalić Kindred należy jednak nie za długość poszczególnych fragmentów i transową repetycję klekotu otoczonego melancholijną atmosferą, z czego Burial słynie i czym serca podbija. Co fascynuje w nowej EP-ce to poszukiwanie nowych dróg rozwoju. Brytyjczyk nie chce być muzykiem, który co roku wyda godzinę ładnego brzdąkania, doprowadzającego bez wysiłku do wrzenia dziewczęta na całym świecie. A mógłby. Kilka kserokopii “Archangel” zapełniłoby pewnie portfel na długie lata.
Do rzeczy. Burial w końcu daje upust swojej fascynacji rave’em w inny niż dotychczas sposób. Przedstawia swoją wizję muzyki stricte tanecznej, ciągle jednak grając zgodnie z zasadami wytyczonymi przez poprzednie wydawnictwa. Efekt jest porażający. Mocny, miękko siadający kick, podwójne handclapy, wyraźnie wyczuwalna wielkość brzmienia. To wspaniałe, pełne pragnienia “set me free”, wyśpiewane przez jakiś tajemniczy głos, unoszące się nad pulsującym sprężyście sekwencerem sygnalizujące pewną tęsknotę za stadionowością. Najzwyczajniejszy banalny mostek przetarty szorstkim szumem urasta tu do rangi wyciskającego łzy euforycznego piękna. Choć wszystko rozmyte jest depresyjnymi filtrami, “Loner” nie jest zaledwie echem, jak to dotychczas miało miejsce, a miejmy nadzieję narodzinami czegoś nowego.
Pozostałe dwa utwory brzmią już bardziej klasycznie, wykorzystując paletę brzmień w bardziej oczywisty sposób. Przy zachowaniu swojej burialowości, zdają się być jednak jednymi z bardziej wyrazistych produkcji Brytyjczyka. Nie ma już mowy o mgiełkowatości. Bevan wymyślił najlepsze dotychczas linie klawiszy, potrafiące zdominować ambientowe tendencje i stanowczo prowadzić utwór długimi minutami (“Ashtray Wasp”). Podkręcił bas do fascynujących poziomów, zestawiając jego burkotliwość z kruchością niestabilnego rytmu. Przy tym, praca pociętymi wokalami doprowadzona została do mistrzostwa, wzbudzając emocje jak żaden z poprzednich singli (“Kindred”).
To, że nowa EP-ka zachwyca, nie dziwi. To, że po połowie dekady od wydania przełomowego Untrue muzyk wciąż poszukuje, rozwija się i daje nadzieję na kolejne fascynujące wydawnictwa cieszy chyba bardziej niż samo Kindred. Zbieraliśmy ostatnio plony albumów studyjnych, tak teraz jestem prawie pewien, że już komuś kiełkują idee zaszczepione przez to rewelacyjne wydawnictwo.
Łukasz Warna-Wiesławski, 13 lutego 2012 o 18:20



Komentarze