Earth – Angels of Darkness, Demons of Light II
Druga część Angels of Darkness, Demons of Light w bardzo elegancki sposób podejmuje temat zeszłorocznego wydawnictwa, rozpoczynając się od pojedynczych dźwięków gitary uroczyście rozchodzących się w ciszy. Chwilę później dołączają się inne instrumenty, ale te parę dostojnych sekund zapada w pamięć i dobrze współgra z ideą zawieszenia się w czasie, którego doznać musiał Dylan Carlson od momentu nagrania przełomowego dla Earth albumu Hex.
Od premiery tego pamiętnego krążka, formacja gra niezwykle plastyczną muzykę czerpiącą obficie z amerykańskiej tradycji country, która przepuszczona zostaje przez dronowy pryzmat. Efektem tego unikatowe brzmienie nasuwające umysłowi, zaszczepione przez tamtą okładkę, spowolnione obrazy barwione sepią i pustynne krajobrazy, których jedyną atrakcją są niesione wiatrem kule wyschniętych kłączy. Choć od tylu lat prawie niezmienne, wciąż fascynujące. Termin “szlachetna nuda” już dość mocno zdążył się zakorzenić w polskim słowniku muzycznym, a Earth to idealna jego definicja. Na tych pustkowiach znajdzie to, czego szuka tylko słuchacz świadomie pakujący się w przeciągnięte dźwięki.
Słuchacz taki dobrze wie już, co znajduje się na tym krążku na długo przed naciśnięciem przycisku play. Wyizolowana gitara, górująca posępnie nad pracującą w tle wiolonczelą i nadającym ciepłego klimatu basem, zgodnie z oczekiwaniami toczy się niespiesznie przez trzy kwadranse lulając do głębokiego snu. Oniryczny charakter podkreśla nadająca miarowy ton perkusja ozdobiona bardzo gęsto talerzami, których metaliczne cyknięcia rozjaśniają nieco gęstą masę ciągnącego się brzmienia.
Choć od kurzu i brudu można się krztusić podczas słuchania, jest w twórczości Earth coś pięknego i budzącego szacunek, przyciągającego za każdym kolejnym razem z równą uwagą. Może i trudno się odnaleźć w przestrzeni tego albumu, gdy bezlitosna repetycja rozmywa percepcję, przez co na dobrą sprawę wystarczyłaby tylko jedna taka płyta, ale dopóki będą powstawać takie utwory jak „A Multiplicity of Doors”, po kolejne nagrania Carlsona będę sięgać w ciemno.
Łukasz Warna-Wiesławski, 14 lutego 2012 o 18:43




Komentarze