• Aktualności
  • Blog
  • Koncerty
  • Recenzje
  • Artykuły
  • Wideoklipy

Warto sprawdzić

Björk wystąpi na Open'erze, stan informacji na dzisiaj.
Przepiękny cover autorstwa Oneohtrix Point Never.

Jensen Sportag

Zespół z Nashville, przyznaje, że nie udziela wywiadów zbyt często a jeśli do tego dojdzie, więcej w tym naigrywania się i żartów. Nasze pytania potraktowali niezwykle serio i okazało się, że niezłe z nich gaduły. Z niecierpliwością czekamy na ich trasę po Europie i wizytę w Polsce.

Macie chyba spory dług wdzięczności wobec Maxa Tundry. Zrobił remix „Jackie” i najważniejsze, pomógł Wam się przebić do szerszego grona odbiorców. Jak do tego doszło? I czy jego muzyka miała na Was wpływ?

O tak, mamy wielki dług u maestro Tundry. Album Mastered by Guy at The Exchange zmienił sposób, w jaki myślimy o muzyce. Bardzo przemawia do nas taka mieszanka urzekającej swawoli z szokowaniem na gruncie technicznym. Uważamy, że muzyka zawsze niesie radość, nawet jeśli jest mroczna i pełna bólu. Poza tym, intelektualny efekt działania muzyki cenimy co najmniej tak samo, jak efekt instynktowny, a niewielu artystom udaje się łączyć obie te cechy jednocześnie, z takim powodzeniem, co Maksowi.

Będąc nieustannymi rewizjonistami, a także pozostając w ciągłej niepewności, Elvis i ja dopiero od niedawna zaczęliśmy ujawniać swoją muzykę, ale jako że poczuliśmy wielką więź z muzyką Maksa, w 2003 wysyłaliśmy mu część z naszych nagrywek. Wówczas okazało się, że on pomyślał dokładnie tak samo o nas! Później zrobił dla nas ten niesamowity remix „Cocktease” i namecheckuje nas w swoim coverze Hot Chip. Regularnie puszcza nasze kawałki w swoich audycjach radiowych (wyobraź sobie nasze uśmiechy). Wciąż często ze sobą korespondujemy. Odwiedził nas nawet w Nashville. I zamierzamy w nieodległej przyszłości wyruszyć we wspólny tour po Europie. W grę wchodzi początek 2012 roku.

Dziennikarze próbujący określić gatunek muzyczny w jakim się obracacie, używają etykietek typu: sophistipop, softrock, progpop. Nie irytuje Was to?

Ta, raczej zgadzamy się z tymi wszystkimi metkami i bardzo podoba nam się, że nasze piosenki przywodzą ludziom na myśl tyle różnych rzeczy. Mnie (Austinowi) podoba się „post-pop”. A co powiesz na „simulative post-techno pop”? Nie potrafimy wyobrazić sobie robienia wciąż i wciąż takiego samego typu utworu. W rzeczywistości uczymy się teraz jak upraszczać nasze piosenki, bo gdy pracujemy nad nimi zbyt długo nagle okazuje się, że stają się trzema różnymi typami piosenek w jednej i dociera do nas fakt, że mogą one stanowić nieco mniejszą frajdę dla słuchacza, niż stanowiły dla nas.

No dobrze, a co Was inspiruje? Oprócz wspomnianego już Maxa Tundry.

O boże, jesteśmy głęboko inspirowani przez wszystko! Od bezbrzeżnej pustki ambientu Thomasa Könera po pop-punkową histerię Cardiacs. Są jednak pewne typy melodii i akordów, które nas w naturalny sposób magnetyzują, przyciągają do siebie. Chodzi o „wewnętrzne” harmonie. Cenimy nie tylko bezpieczne kwinty i septymy, skarbem są również słodko-gorzkie seksty i nony. Naszymi najbardziej ulubionymi artystami wszechczasów zdecydowanie są Atom Heart, Stevie Wonder i Ariel Pink. Szukamy pomysłu, kompleksowości i duszy w jednym i kto powie, że nie możemy tego znaleźć? Ostatni album El Guincho także zdecydowanie dostarcza tego, czego chcemy.

Skoro się kręcimy po terenie Waszych inspiracji, może opowiecie nam o rejonach w których mieszkacie. Nashville to przede wszystkim stolica country, wiecie, kojarzy się z banjo, gitarkami i rodeo, więc na tle tego, wypadacie dość nietypowo…

Tak naprawdę większość naszego życia spędziliśmy jakieś 70km od Nashville mieszkając na sąsiadujących farmach, w zasadzie to było pustkowie, pełno otwartych i cichych przestrzeni. Mój najbliższy sąsiad mieszkał całą milę ode mnie. Rzeczywistość zmuszała do samodzielnego organizowania sobie zabawy, do używania własnej kreatywności. Teraz mieszkamy w Nashville i tak, to życie w stanie ciągłej ironii i przez większość czasu podoba nam się to. Miasto jest pełne kolorowych paradoksów, dziwnej historii i przepięknej natury. My nigdy w zasadzie nie byliśmy częścią żadnej „sceny muzycznej”, częściowo dlatego, że prawie wcale nie gramy live, a to zdaje się być bardzo ważnym elementem członkowstwa scenowego. Ponadto bardzo cenimy swoją prywatność i nigdy nie byliśmy zbytnio zainteresowani współpracą z innymi, która wykraczałaby poza remiks czy wymianę plików, a to oczywiście może być wykonane z dowolnego miejsca na świecie. Wierz mi lub nie, z Nashville można zupełnie bezproblemowo podłączyć się do internetu. Oczywiście, mamy tutaj wielu fanów, którzy mocno nas wspierają, kochamy ich! Nashville to naprawdę fajna mieścina i można nigdy nie natknąć się tu na żadne banjo, dopóki samemu nie zechce się ich poszukać. A jeżeli już szukasz, to masz jak w banku, że znajdziesz tutaj najlepszych instrumentalistów na świecie, niezależnie czy chodzi ci o banjo czy o dowolny inny instrument.

Czy są jakieś niezależne zespoły w Nashville, o których warto wspomnieć polskim czytelnikom?

Koniecznie przyjrzyj się Myrryrrs, Caitlin Rose i hej – R. Stevie Moore powrócił!

Statystyczny Amerykanin, zapytany o muzykę narodową/rdzenną odpowie: country, skoro mieszkacie w Nashville, mieliście wystarczająco sporo czasu, by wyrobić sobie swoje zdanie na temat tej muzyki. Może nawet nieświadomie coś przemycacie z tej stylistyki do swoich numerów?

Długo myślałem nad odpowiedzią na to pytanie, zadawano nam je już kilka razy, i nie, myślę, że nie robimy tego. Country nie było raczej grywane w domu żadnego z nas. Naszymi najwcześniejszymi muzycznymi odkryciami były typowe mamine zajawki – Sade, Michael Jackson, Lionel Ritchie, itp. W tych stronach traktujesz country nieco jak słupy telefoniczne – są wszędzie, ale nie zwracasz na nie zbytniej uwagi ani nie myślisz o nich wiele. Mimo, że kłują w oczy, są stałym i koniecznym elementem krajobrazu. Mimo tego, ostatnimi czasy zasłuchaliśmy się w naprawdę fajnych rzeczach w stylu klasycznego Glena Campbella czy Ronnie Mislap.

Jakiś czas temu, wyszła Wasza epka Pure Wet. Pokochałam ją, idealnie oddaje moją wrażliwość muzyczną i to, czego poszukuję w muzyce. Rozumiem, ze to jest dopiero zalążek i niebawem będziemy mogli usłyszeć album, zatem krótkie pytanie: kiedy?!

Dziękujemy! Przygotowujemy właśnie nowy album Jensen Sportag, wydany będzie prawdopodobnie pod koniec roku. Rozszerzy on wątki poruszone na Pure Wet i opowie historię śmiałego romansu, skazanego na porażkę. Fantastyczny, ale autobiograficzny. Elvis i ja zawsze mieliśmy spore problemy ze złudzeniami romantycznymi. Ponadto mamy całą masę niewydanych piosenek i szkiców, które mogą niedługo zacząć wypływać na powierzchnię. Może niedługo. A może wcale! W tym roku wydamy także muzykę pod dwiema nowymi nazwami. Jeden LP, jedna epka i przynajmniej jeden remiks, ale to wszystko na razie tajemnica. Nie będziemy tworzyli żadnych powiązań pomiędzy naszymi projektami, więc od teraz uważajcie na każdy tajemniczy zespół – to możemy być właśnie my!

Śledzicie niezależną dzisiejszą scenę muzyki amerykańskiej? Wiecie, Nite Jewel, Washed Out, Toro y Moi, Dam Funk etc.

Haha! Szczerze powiedziawszy nie myślimy zbyt dużo o amerykańskiej scenie niezależnej, ale wiem co masz na myśli mówiąc o „wszystkich tych zespołach”. Patrząc ostatnio na liczbę i częstotliwość powstawania nowych trendów można odnieść wrażenie historycznego przesycenia. W międzyczasie pętla retro-rekursji zapętliła się sama w sobie skutkując nostalgią za rzeczami, których nigdy nie było! To dziki i pokręcony okres w muzyce. Wszystko jest ogólnodostępne dla każdego poza jakąkolwiek kontrolą, włączając w to nawet sekcje z nagrań innych twórców, gdyż ostatnio najwyraźniej nawet długie sample przechodzą praktycznie niezauważone i nieuwzględniane w creditsach. Artystom samplowanym należy się większa uwaga. Myślę, że jest też wielu twórców, którzy „nowi” byli na przełomie lat 90/00, a zasługują na znacznie większe zainteresowanie. Mówię tu o takich ludziach, jak Pepe Bradcock, Burnt Friedman, Atom Heart, Sebastien Tellier, The Sea Nymphs, Murcof. Mógłbym tak wymieniać całą noc. Aktualnie Francis and the Lights są świetni i z pewnością staną się popularni.

Mieliscie okazje poznać się z Arielem Pinkiem. Jeden z was był jego kierowca na jego tourne a on (w podziękowaniu?) zaprojektował okładkę Waszej płyty z 2006, miły gość? Jak było na trasie? Jakieś ploteczki zza kulis?

Jesteśmy absolutnie zafascynowani Arielem Pinkiem od momentu, kiedy Paw Tracks wydało Doldrums. Jest on chyba najbardziej interesującym artystą, jakiego w życiu spotkaliśmy. Możemy bez końca bawić się każdą z jego piosenek, szukając wszystkich schowanych tam melodii, rozkminiając te szalenie pomysłowe aranże i niejednokrotnie trudne, szokujące wykonania, które nagrywał w zaciszu swojej sypialni. Zawsze bliskie nam było jego podejście do występów na żywo, które nazywał „złem koniecznym” – to po prostu nie jest to, co chcemy robić. Tak on, jak i my jesteśmy artystami studyjnymi, a nie wykonawcami scenicznymi (aczkolwiek Ariel zdecydowanie ma bardzo porywającą osobowość na scenie). A więc, kiedy Ariel ogłosił, że rusza w trasę i poszukuje lokalnych zespołów do pomocy jako jego backing band na wieczór (bez możliwości próby) wiedzieliśmy, że czeka nas pokręcony rajd przez kraj. Podążyliśmy za nim z biograficznej ciekawości. Po trzecim koncercie rozpoznał nas z poprzednich i podszedł do nas. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i odtąd bujaliśmy się już razem do końca trasy. Słodki z niego gość, taki wyrośnięty chłopiec. Wygląda jednak na to, że gra w zespole, bycie w trasie zamiast nagrywania w prywatności, zrobiło z niego dość markotnego człowieka. Dwa razy podczas tamtej trasy zdarzyło mu się być tak mocno zniechęconym występowaniem na scenie, że usiadł na odsłuchach, tyłem do publiczności i zaczął śpiewać przeglądając jednocześnie instrukcję do swoich klawiszy. Smuci nas fakt, że artysta studyjny nie jest w stanie utrzymać się wyłącznie ze swoich nagrań. Wielu fanów chce wziąć jakąś cząstkę artysty ze sobą do domu jako pamiątkę, jakby sama sztuka nie była wystarczająca. Chcieliby być na bieżąco z jego prywatnym życiem, oczekują możliwości komunikowania się z nim przez internet. Cała ta łatwość dostępu do informacji, ta publiczna prezencja, to zabija część z tajemnicy która otacza zespół, nie pozwala stworzyć spójnej i wciągającej atmosfery, doznania związanego z albumem. Z tego właśnie powodu przepływ informacji z naszego obozu na zewnątrz jest okazyjny i zazwyczaj prawdziwy w jakichś pięćdziesięciu procentach. Ale ten wywiad jest w tym względzie raczej ponad średnią. Na jakieś osiemdziesiąt. Feelin’ so real.

Małgosia Michalak i Mateusz Woś, 15 kwietnia 2011 o 15:11

« Cały koncert TV on the Radio z programu Lettermana

Kyst – Waterworks »

Komentarze

  • Popularni wykonawcy
  • Animal Collective
  • Bon Iver
  • James Blake
  • Lana del Rey
  • Radiohead
  • Scuba
  • The XX
  • Zola Jesus
  • Festiwale
  • Asymmetry Festival
  • San Miguel Primavera Sound
  • Selector Festival
  • Heineken Open'er
  • Dour Festival
  • OFF Festival
  • Tauron Nowa Muzyka
  • Unsound Festival
  • Menu
  • Aktualności
  • Blog
  • Koncerty
  • Recenzje
  • Artykuły
  • Wideoklipy
  • © 2010-2012 Niezal Codzienny
  • O stronie / Kontakt
  • RSS
  • Facebook
  • Google+
  • Twitter