• Aktualności
  • Blog
  • Koncerty
  • Recenzje
  • Artykuły
  • Wideoklipy

Warto sprawdzić

Bass i techno na starym katowickim dworcu.
Są bilety na Audioriver.

John Talabot – ƒin

Permanent Vacation, 2012

Słoneczna muzyka inspirowana house’em przybiera na długogrającym debiucie Johna Talabota zupełnie inną formę, niż na poprzedzających wydawnictwo EP-kach. Tym razem Hiszpan zmierza wyraźnie w stronę rejonów przyjaznych wielbicielom piosenek i chillwave’owego rozmycia, odbierając w kwestii balearycznej indietroniki palmę pierwszeństwa żądnym ciepła Szwedom. ƒin, choć jak najbardziej jest albumem tanecznym, nie przeznaczony został na parkiet, a błogie melodyjki zestawione z plażowymi perkusjonaliami predestynują go raczej do roli relaksującej muzyki tła.

Umówmy się, zafoliowany producent nie robi niczego, czego przed nim nie zrobili Studio, Four Tet czy Gui Boratto, ale sposób w jaki budowany na tym krążku jest przyjemny nastrój stawia go automatycznie w jednym rzędzie z czołówką. Talabot przez godzinę robi swojemu krajowi najlepszą z możliwych reklam, uderzając w moje zmarznięte serce obrazami barcelońskich plaż, soczystych owoców i obietnicą pląsów nad ranem w Parc del Forum.

Najlepiej tę aurę oddaje “Journeys”, w którym śpiewa Ekhi z Delorean. Piosenka brzmi nieco jak ostatni El Guincho, gdyby tylko ten rozwijał swoje utwory na delikatnych próbkach wokalnych zapętlonych na mikrohouse’ową modłę. Podobnie wspaniałe odczucia budzą dwa utwory nagrane z pomocą Pionala, kolegi z labelu Permanent Vacation (cóż za idealna nazwa). Nasączone słodyczą nowego disco i unoszącym się świeżo dźwiękiem steel drumów (“Destiny”) oraz kontrastem uduchowionego śpiewu z wokalną repetycją sampli (“So Will Be Now…”), wybrzmiewają kusząco, trafiając w głodne pięknych obrazów zmysły. Oba mimo różnic stawiają jednak na minimalizm, opierając się na głębokich, wypłowiałych od słońca dźwiękach.

Bezbłędnie posługuje się Talabot również ozdobnikami. Polaroidowe “Last Land” oparte na dominującym, choć odległym i zwiewnym motywie skrzypiec tworzy unikatowy klimat elektronicznej nostalgii, która urywa się nagle z nieprzewidzianą pauzą. “El Oeste” to enigmatyczna warstwa filmowych klawiszy modulowanych na modłę eksperymentów na ostatnim The Field. “Estiu” z kolei linię basu prószy drobnymi melodyjkami oraz głosem wyciętym ze starej soulowej płyty, a “When the Past Was Present” ekstatycznymi, choć nieco wytartymi okrzykami.

Może to minusy za oknem tak działają, ale ƒin sprawia, że niemożliwym wydaje się być niepolubienie tak sugestywnej i działającej na wyobraźnię płyty, pozbawionej praktycznie wad i zachwycającej promieniującym z niej szczęściem W “Dapak Ine”, pierwszym utworze na płycie, słychać radosne kumkanie żab i bajeczność natury. Ba, słychać nawet jak świeci słońce. Nie da się zepsuć nastroju po takim starcie.

Łukasz Warna-Wiesławski, 10 lutego 2012 o 18:32

« Cassie – „King of Hearts”

Niezal Weekendowy: 06-10.02.2012 »

Komentarze

  • Popularni wykonawcy
  • Animal Collective
  • Bon Iver
  • James Blake
  • Lana del Rey
  • Radiohead
  • Scuba
  • The XX
  • Zola Jesus
  • Festiwale
  • Asymmetry Festival
  • San Miguel Primavera Sound
  • Selector Festival
  • Heineken Open'er
  • Dour Festival
  • OFF Festival
  • Tauron Nowa Muzyka
  • Unsound Festival
  • Menu
  • Aktualności
  • Blog
  • Koncerty
  • Recenzje
  • Artykuły
  • Wideoklipy
  • © 2010-2012 Niezal Codzienny
  • O stronie / Kontakt
  • RSS
  • Facebook
  • Google+
  • Twitter