Lana del Rey – Born to Die
Universal, 2012
Lana del Rey naobiecywała pierwszymi czterema utworami mnogości doznań i zgodnie z przewidywaniami, nie była w stanie spełnić oczekiwań, jakie rozbudzały “Born to Die” czy “Video Games”. Nic jednak nie szkodzi.
Słuchanie pełnego albumu przypomina godzinne przeglądanie tumblra założonego przez dziewuszkę zafascynowaną vintage’ową modą i gwiazdami minionych dekad. Born to Die łączy rozmaite wpływy na miarę dwudziestopierwszowiecznego kolażu. Jest czymś sztucznym, pozbawionym korzeni i w założeniu krążkiem ckliwie przerysowanym, ale zarazem niezwykle spójnym stylistycznie. To chyba najdokładniej zaprojektowana ze wszystkich mainstreamowych płyt ostatnich lat. Nieważne kim była i jest Lizzy Grant, ważne kim i jak jest Lana del Rey w tych dwunastu utworach. A jest kimś kto nie pozwala na beznamiętne scrollowanie do kolejnego jotpega.
Swoje zainteresowanie tym materiałem najłatwiej mogę wytłumaczyć posługując się “Off to the Races”. Kawałek w bardzo udany sposób łączy obecną od pierwszego singla estetykę retro popu z motoryką współczesnego r&b. Rola zachłannej lolitki pasuje do obu gatunków znakomicie. Snujący bogatą w detale historię głos Lany znakomicie sprawdza się między, wszędobylskimi na tej płycie smyczkami, zaaranżowanymi na hollywoodzki epik a przytłumionymi bębnami, które, odważnie porozmieszczane w wielu piosenkach, również są jednym z charakterystycznych dźwięków albumu. Bardzo stanowcze, chłodne zwrotki zestawione ze słodkimi i naiwnymi refrenami oraz blaza, która przeplata się z pełnym namiętności zainteresowaniem, wynoszą kawałek ponad banał multiźródłowego mash upu. Detale i gra aktorska czynią tę kreację pełną. Początek albumu, czyli poznane przed premierą piosenki, podąża właśnie taką ścieżką. To muzyka niezwykle plastyczna, budząca do życia wiele obrazów, dopracowana w najmniejszym szczególe.
Dalej, nawet gdy nie domagają piosenki, ich odbiór ratują aranżacje i stylistyczna konsekwencja. Kalifornijska beztroska i pinupowa słodycz dwóch najsłabszych fragmentów albumu, “National Anthem” i “Diet Mtn Dew”, stonowane przez smyki nie wydają się być tak odrzucające. Obskoczenie obowiązkowych punktów popowego krążka w tak jednolity sposób pozwala na przymknięcie oko na słabsze momenty.
Nowy materiał nie przynosi jednak tylko zawodów. Linię wytyczoną przez single utrzymują chociażby przesadnie melodramatyczne “Dark Paradise” czy zwiewnie dziewczęce “This Is What Makes Us Girls”. Oba nie mają takiej siły przebicia jak kawałek tytułowy czy “Blue Jeans”, ale potwierdzają, że Lana del Rey nie jest projektem jednego głosu i z formuły śpiewającego dziewczątka jest w stanie wycisnąć coś przyciągającego uwagę. Początkowo zestawiana z niezależnymi singer/songwriterkami wokalistka ma nad nimi przewagę. Nie sili się na artyzm, nie ma więc terytorium, na którym może polec.
Nie jest Lana del Rey nową Nancy Sinatrą, Dusty Springfield czy też Cat Power albo Adele. Dlaczegóż miałaby być? Budzi uwielbienie jako sceniczna diva, ale jest tworem epoki internetu broniącym się na własnych zasadach. Ostatnie miesiące i obserwowanie jak spełnia się plan wielkiej wytwórni były arcyciekawe. Rzekoma wpadka i nieporadność majorsa w walce z dociekliwymi bloggerami, choć może przypadkowe, wydają mi się dzisiaj kolejnym zaplanowanym ruchem. W końcu każdy przepełniony jadem komentarz o ustach, sfabrykowanym życiorysie i bogatym ojcu przybliżył Born to Die do darmowej reklamy w krajowych dziennikach i radiostacjach. Patrząc na krążek, należy jednak odrzucić ten pryzmat i spojrzeć wyłącznie na piosenki. Te świecą jasno jako przykład dobrze wyprodukowanego popu.
Łukasz Warna-Wiesławski, 30 stycznia 2012 o 12:23



Komentarze