Lindstrøm – Six Cups of Rebel
Smalltown Supersound, 2012
Tytuł nowej płyty Lindstrøma odwołuje się do jednego z dawnych pseudonimów, jakimi posługiwał się Norweg w swojej karierze. Daleko jednak brzmieniem Six Cups of Rebel do wydanego sześć lat temu Arp She Said. Jeśli to nawiązanie ma coś pokazywać, to tylko to, jak długą drogę przebył producent, by rozwinąć swoją wizję disco do tak kolosalnych rozmiarów.
Album sprawia wrażenie muzyki składającej nie tyle hołd E2-E4 Manuela Göttschinga, co równie dobremu 45:33 LCD Soundsystem. To ciągła, w podobny sposób, opowieść z wieloma segmentami, których rozpiętość formy sięga od ambientu przez muzykę stricte taneczną po abstrakcyjną elektronikę. Nawet głos Lindstrøma, który po raz pierwszy w karierze stanął za mikrofonem, przypomina bardzo swoją barwą Jamesa Murphy’ego. To zaledwie jednak bonus dla osłuchanych.
O fantastycznym poziomie Six Cups of Rebel świadczą nie tyle rozmaite odniesienia i smaczki, co pomysłowość w programowaniu syntezatorów i uzyskanie w pojedynkę tak realistycznie żywego efektu. Praktycznie każdy z utworów sprawia wrażenie, jakby był grany przez wprawny ansambl, którego lata na scenie i miłość do muzyki owocują zaraźliwym luzem. Rozjamowany wstęp do “Magik” jest tak przekonujący, że trudno pozbyć się wrażenia jakby stało się tuż przed sceną.
Trudno zauważyć kiedy ta rozimprowizowana partia “włącza” się pod dyskotekowe monstrum w postaci “De Javu”. Pokazujący Norwega, jako człowieka, który nie przestaje się rozwijać, kawałek wspaniale wykorzystuje zdobiące puzony i trąbki, szalejąc na porywającym groove’ie. Wyniesione ze współpracy z Christabelle doświadczenie w tworzeniu hitów procentuje tutaj znacząco, ale Lindstrøm nie poprzestaje na zwyczajnej piosenkowości. Mnogość partii, barokowe bogactwo instrumentów, zaskakujące solówki czy mikroskopijne detale, jak chociażby jakiś pojedynczy, spontaniczny handclap tworzą z tego utworu majstersztyk rozbuchanego, ekstatycznego disco.
Chociaż głównym formatem, w którym ukazuje się album jest kompakt, a winyl to zaledwie limitowany suwenir, podział na strony jest zaskakująco wyraźny. Dalsza część Six Cups of Rebel nie podąża ścieżką “De Javu”, ale utrzymuje jeszcze taneczny charakter, którego impakt zaczyna się wytracać w momencie, w którym “Quiet Place to Live” zamienia się w kosmiczną operę na kilka głosów.
Drugie pół godziny to już czysty eksperyment. Początkowy bezład w stylu telewizyjnych jingli czy muzycznych zapowiedzi a’la talk shows na początku jeszcze przeradza się w tribal house’owy fundament (“Call Me Anytime”). Kiedy jednak bezsłowne skandowanie upstrzone kryształowo czystymi ozdobnikami cichnie, Lindstrøm zabiera się w utworze tytułowym za dekonstrukcję tego wszystkiego, co dokonał w poprzednich utworach. Śmiechem skwitowane jest rozebranie pompatycznego disco do zaledwie pojedynczych salw werbli, smutnych pyknięć i kwaśnych arpeggiów. Gdy Norweg udowadnia wciąż niezwykle słuchalnym i niesamowicie frapującym “Six Cups of Rebel”, że jest z podaną paletą brzmień zrobić absolutnie wszystko, wieńczy album niebiańskim outrem, które z wiecznie pulsujących automatów buduje sięgającą nieba wieżę. Ufortyfikowana anielskimi wokalami i metaliczną perkusją muzyczna budowla staje na samym końcu płyty, niczym pomnik ku chwale producenta.
Lindstrøm wspaniale rozwinął się przez ostatnie lata. Nie pozostał uczniem Cerrone, czy jednym z wielu fascynatów wskrzeszających parkietowe brzmienia pod szyldem nu disco. Six Cups of Rebel jest bezapelacyjnie jego opus magnum. Albumem wychodzącym poza wszelkie ramy, porażającym swoim rozmachem, a przede wszystkim mimo artystycznych prób, pozostającym wspaniałą rozrywką.
Łukasz Warna-Wiesławski, 6 lutego 2012 o 5:56




Komentarze