Maciej Cieślak

Pierwszy grudnia 2011, późny wieczór, po koncercie Lenny Valentino z Maciejem Cieślakiem (na skórzanej kanapie) w korytarzach zaplecza Palladium rozmawia Robert Kamionek (na skrzynce po koli).
Witam.
Joł, dzień dobry.
Dziesięć lat Lenny Valentino… jakie to było dziesięć lat?
No to było takie dziesięć lat, że nagraliśmy płytę, potem nie widzieliśmy się przez dziesięć lat, z dwoma wyjątkami na koncerty na Off Festivalu. I teraz sobie zagraliśmy jeden koncert w Warszawie, w planie są jeszcze cztery.
A co z tobą się działo przez te dziesięć lat?
No ja to przede wszystkim gram w zespole Ścianka, a nie Lenny Valentino – cały czas wymyślamy utwory i je nagrywamy. Lenny Valentino to był projekt jednorazowy, każdy z jego członków ma swoje rzeczy – Mietall ma Negatyw i Penny Lane, Rojas ma Myslovitz i Off Festival, Jacek Lachowicz ma swój solowy zespół. A ja mam Ściankę.
Ok, w takim razie Ścianka – przez ostatnie parę lat byłem na paru koncertach, z każdym robiło się coraz fajniej i coraz bardziej klarowne było to, co może być na następnej płycie – co z nią? Bo już w sumie Come December-
-no w sumie właśnie tak i mamy nadzieję, że nie będzie Come January, ale może na tym się skończyć. Jeżeli nie – Come March na przykład. Ale kwestia jest taka, żeby to było dobrze zrobione i tyle. A jak płyta się ukaże to nikomu nie zrobi różnicy kiedy ona była wydana. Aczkolwiek ja sam chętnie bym to brzemię zrzucił z siebie. Bo zajmowanie się własnym materiałem to jest bardzo fajna rzecz, ale jednocześnie bardzo psychicznie wykańczająca. Prowadzi się w pewnym sensie dialog z samym sobą, nie z materiałem, który ktoś nagrał, z czyjąś muzyką, jako producent i tak dalej. Tylko z samym sobą i to jest po prostu ciężkie.
Mhm.
No ale z 23 utworów już 9 jest zrobionych (śmiech).
To prawie połowa.
Ale to idzie coraz szybciej tak naprawdę. Bo najtrudniejsze to było ustalenie Sandomierza, że tak powiem, czyli soundu, czyli brzmienia całości. To się troszeczkę zmienia przy każdym utworze. Ale ogólnie, jakby to powiedzieć, no… Już wiem w jakich ramach się poruszam jeśli chodzi o brzmienie… I dlatego właśnie idzie coraz szybciej.
Poza graniem w Ściance angażujesz się w dużo innych fajnych projektów. Mówiliśmy już o Lenny Valentino, ale są jeszcze… na przykład Kings of Caramel, Cieślak i Księżniczki-
-no, Kings of Caramel to nieodżałowana kwestia – Michał Biela stwierdził, że już nie ma ochoty na ten zespół, a bez jego karmelowego głosu ten projekt po prostu nie ma szans. A to jest superfajna rzecz, nieskonsumowana kompletnie, bo zagraliśmy tylko dwa koncerty, każdy dla piętnastu osób, nagrana została świetna płyta… Mi bardzo szkoda. Namawiałem Michała parę razy żebyśmy pograli, może kilka koncertów przy okazji, ale on stwierdził, że „nie i koniec!”. Jak on się na coś uprze to już jest pozamiatane, w związku z tym pozostaje tylko płyta.
Cieślak i Księżniczki – nagraliśmy płytę, pograliśmy, jeszcze do niej pogramy. Natomiast myślę, że następnych już nie będzie. W każdym razie, z obecnego mojego punktu widzenia. To znaczy nie ma pomysłu i klimatu na granie w tym składzie, ze smyczkami. Miałem niesamowicie duże ciśnienie na tego rodzaju muzę, ze dwa lata temu powiedzmy, i to się spełniło w postaci utworów i płyty, ale najwyraźniej był to jakiś etap, który już się po prostu zakończył. Ale może za jakiś czas zagramy z przyjemnością jakiś koncert z tymi utworami.
Natomiast Ścianka – jako, że mieszkamy w trzech różnych miejscach w Polsce – Arek mieszka w Sopocie w dalszym ciągu, ja w Warszawie, Michał we Wrocławiu, więc rozciągłość jest całkiem spora (śmiech) – gramy całkiem rzadko, więc ja zacząłem jakiś czas temu grać sam, jako Ścianka solo i w tej mojej jednoosobowej formacji, że tak powiem, powstały utwory na kolejną płytę Ścianki, ale na razie musimy skończyć tę aktualną, podsumowującą ostatnie 6 lat, wtedy zaczniemy nagrywać następną. I nie wiem czy ona nie ukaże się w takiej formie, że będzie dwupłytowa, jak ta, którą teraz robimy. Z tym, że jedna płyta to będą moje wykonania solo – bo one też mają sens, ale jak gramy wszyscy w trójkę, to ma to inny zupełnie sens – równie fajny, ale zupełnie inny. Także szkoda tracić jeden sens kosztem drugiego, więc w związku z tym zrobimy album dwupłytowy. No ale teraz wyprzedzam pewnie o dwa lata to, co się będzie działo, bo to też trzeba nagrać.
W czerwcu, chyba, na początku czerwca tego roku, założyłem kolejny zespół, który się nazywa .^.., czyli trzy wokale żeńskie i trzy gitary elektryczne. I to jest taka muzyka mistyczna, w duchu prasłowiańskim, ale bez cepelii. To znaczy tak naprawdę… nie tam, że awangardowa… to to, co może się kojarzyć odbiorcy z muzyką awangardową – nie ma rytmu, nie ma perkusji, są za to pływające dźwięki, ale to są środki celem odtworzenia, albo stworzenia, pewnego rodzaju atmosfery duchowości, która nam się kojarzy z naszą osobistą, przyrodniczą, krajową, miejscową duchowością nieflirtującą z zachodem. No i w tym duchu w czerwcu się spotykaliśmy, wymonciliśmy chyba z sześć form, które zagraliśmy dwa razy, na dwóch koncertach. Jakoś na przełomie sierpnia i września się spotkaliśmy na trzy dni, żeby nagrać materiał, udało nam się zarejestrować trzy formy. Kiedy skończę zabawę z płytą Ścianki to siądziemy do tego i dokończymy to. I tak naprawdę tym się strasznie jaram… bo to jest taka muzyka, której po prostu nie słyszałem. Wychodzą superfajne rzeczy. I co więcej, niekonceptualne, ale wzięte gdzieś tam z naszych osobistych mitów, odczuć i intuicji. Takie to miało być w założeniu i tak to wychodzi, wszystko się zgadza. I bardzo fajnych ludzi udało mi się zebrać do tych rzeczy – ja gram na gitarze, jak się można domyślić, Miron Grzegorkiewicz z How How na gitarze, super gitarzysta i super, w ogóle, umysł muzyczny. I nie tylko. Adam Byczkowski z Kyst, też na gitarze, na wokalu Natalia Fiedorczuk z Nathalie and the Loners, Ola Bilińska z Babadag i Muzyki Końca Lata i Małgosia Penkalla z Enchanted Hunters. Taki zestaw jak na razie.
Czyli będzie się działo.
No taką mam nadzieję.
Robert Kamionek, 13 grudnia 2011 o 16:10




Komentarze