M83
M83 otwiera Playlist – nowy cykl Niezalu Codziennego. Raz w miesiącu będziemy przyglądać się grupie lub artyście z pokaźniejszym dorobkiem albumowym i układać jedenastoutworową listę z najlepszymi momentami kariery.
W związku z nadchodzącymi koncertami promowanymi przez zeszłoroczny album Hurry Up, We’re Dreaming, zaczynamy od muzyki Anthony’ego Gonzaleza. Francuz pojawi się 19 lutego w Warszawie (Stodoła) i 20 lutego w Poznaniu (SQ), by zagrać przekrojowe koncerty sięgające po utwory z różnych etapów twórczości. To dobry moment, by przypomnieć sobie niektóre starsze kawałki, które mogły zostać przyćmione sukcesem ostatniego krążka. Mając na koncie sześć albumów, M83 porusza się w dość wyraźnie określonym klimacie nastoletnich fantazji i naiwnych uniesień, ale mimo tego stale ewoluuje i rozwija swoje brzmienie.
Poniższe jedenaście kawałków pochodzi z różnych okresów działalności, wiele z nich będzie można usłyszeć za dwa tygodnie podczas polskich koncertów. Naciśnijcie play przy pierwszym kawałku, debiutancka playlista właśnie zaczyna grać.
01. “Moon Child”
Tradycją jest, że album M83 zaczyna się od wprowadzenia, a otwierający Before the Dawn Heals Us “Moon Child” idealnie ukazuje specyfikę brzmienia francuskiego projektu. Zestawione w nim zostają dwa oblicza. Pierwsze, ambientowe i niezwykle delikatne. Drugie, porażająco podniosłe i quasi-sakralne. Praktycznie cała pierwsza połowa dyskografii opiera się na tym przeciwieństwie i uzupełnianiu rozbuchanego brzmienia, czy to monolitycznie potężnego czy też kierującego się w stronę dynamicznej muzyki tanecznej, kruchością minimalistycznych teł.
02. “Midnight City”
Największy przebój z zeszłorocznego wydawnictwa to w zasadzie podrasowana wersja “Kim & Jessie” i dobre podsumowanie późnego okresu twórczości M83. Popowy zmysł, który narodził się na Saturdays = Youth znajduje tutaj ujście w dyskotekowym wręcz charakterze kawałka, który przy swojej chwytliwości nie porzuca oczywiście maksymalistycznych tendencji. Jakby wciąż było mało Gonzalezowi epickości i scenicznego glamu, kawałek kończy się zaskakującym popisem saksofonowym. Zatwierdzony rok wcześniej przez Bradforda Coksa instrument wykonał wielki comeback w zeszłym roku i rzeczywiście jest tak, jak mówi muzyk Deerhuntera: saksofony są cool.
03. “A Guitar and a Heart”
Trzecia płyta M83 przynosi filmową dramaturgię i napięcie godne filmu sensacyjnego, a “A Guitar and a Heart” to zdecydowanie jej najlepszy moment. Utrzymany w szybkim tempie kawałek rośnie niczym śniegowa kula, dokładając kolejne warstwy elektronicznej poświaty wokół współgrającego z perkusją rytmicznego dźwięku analogowego syntezatora. Sprężyście falujący dźwięk pozostaje w tle niczym punkt nawigacyjny, nie pozwalając słuchaczowi się zgubić, nawet gdy na pierwszy plan wysuwa się elektroniczny beat, a utwór leci dalej na złamanie karku w pięknym chaosie elektronicznych sygnałów.
04. “0078h”
Zanim Anthony Gonzalez zaczął korzystać z pełnych partii śpiewanych, w jego utworach pojawiały się głównie sample. “0078h” to jeden z lepszych kawałków opartych na gęsto rozmieszczonych wokalizach, szorujący delikatnym i skomputeryzowanym kobiecym głosem po ziarnistych smugach syntetycznego szumu. Zamknięty w cyfrowej otoczce ludzki pierwiastek w połączeniu z drobnymi plamami pianina nadaje posępnym teksturom nieco żywej natury, z którą starają się walczyć modemowe zgrzyty i piski. Zapętlone pojedyncze słowa zderzone z tą masą tryskających iskierek dają w rezultacie bardzo psychodeliczny efekt, w którym wszystkie części linijki zaczynają się o siebie potykać, tracić znaczenie i rozpływać w zerojedynkowym zgiełku.
05. “Sitting”
Jedyny na tej liście utwór z debiutu zapadł chyba w pamięć najbardziej widzom openerowskiego koncertu z 2009 roku. Nagranie tego wykonania to zresztą do dzisiaj jeden z moich ulubionych filmów na YouTube. Pozbawiona klubowych chwytów wersja płytowa nie jest aż tak taneczna, a swój nośny charakter rozmywa trochę szorstkim brzmieniem i kilkoma glitchami. W praktyce “Sitting” jest szkicem, na planie którego powstały utrzymane w szybszym tempie kawałki z dwóch kolejnych albumów.
06. “We Own the Sky”
Saturdays = Youth to chyba najbardziej kreatywny album Anthony’ego Gonzaleza, przynoszący wiele urozmaiceń formule, która zaczęła się wyczerpywać przy poprzednim krążku. Swoją miłość do syntezatorów Francuz skierował chociażby w stronę klasycznego dream popu lat 80-tych, odnosząc się śmiało do dorobku legendarnego 4AD. “We Own the Sky” to śliczny upgrade gatunku, zestawiający charakterystyczny puls syntezatora z puszystą otoczką, w której zanurzone są dwa delikatne głosy.
07. “In Church”
W swoim dążeniu do przytłaczającego piękna, Anthony Gonzalez często zahaczał o religijny wymiar, którego kulminacja przybrała postać jakże oczywiście zatytułowanego “In Church”. Podniosłe dźwięki organów, u stóp których rozlega się niewinny śpiew pełnią funkcję wyjątkowo poruszajcęgo swoim rozmachem wprowadzenia. W naszym przypadku do…
08. “Teen Angst”
Przeskoczmy o dwa lata do przodu do równie poruszającego co “America” “przeboju” z wczesnego okresu M83. Bardzo dobrze współgrają z poprzednim utworem bezkształtne chórki zdobiące galopujące łeb w łeb parkie perkusji i syntezatora. To tu słychać osławione brzmienie My Bloody Valentine wniesione w świat elektroniki, gdy nad sekcją rytmiczną rozmyte wokale ścierają się wysoką ścianą zbudowaną z wielu piętrzących się warstw. Do takich rezultatów mógłby dojść kiedyś Seefeel, gdyby tylko Marka Clifforda fascynowało kiedykolwiek przelewanie na taśmę nastoletnich trosk.
09. “Raconte-Moi Une Historie”
Mała dziewczynka opowiada historię o psychodelicznej żabce przy akompaniamencie folklorystycznej melodyjki i świetnego vintage’owego brzmienia analogów. Coś przesłodkiego. Utwór oczywiście w dalszej partii rozwija się w klasyczne M83 wznoszące się ku niebu wśród anielskich chórów, ale jeśli kiedykolwiek udało się Anthony’emu Gonzalezowi uchwycić dziecięcą niewinność, to właśnie w tym momencie. Szkoda, że taka opowieść trafiła się dopiero po tylu latach, bo dotychczasowe wypowiedzi, które wplecione były w piosenki, raziły swoją pretensjonalnością. Miało to pewien młodzieńczy urok, ale nie było aż tak przekonujące, jak “Raconte-Moi Une Historie”.
10. „Skin of the Night”
Ciekawy eksperyment z wykorzystaniem cyfrowych tomów plumkających niczym pękające bańki mydlane (love it or hate it), ale „Skin of the Night” kocha się za wspaniałą rolę Morgan Kibby wcielającej się w leśną nimfetkę uroczystego 80s-owego art popu. Uciekając z kręgu uczennic Kate Bush w gęstwiny elektronicznych ornamentów jest główną przyczyną, dla której Saturdays = Youth to tak piękny album.
11. “Couleurs”
Ponad ośmiominutowy finisz niezalowego wprowadzenia w dorobek M83 wieńczy utwór dla dyskografii unikatowy. Długie kompozycje to dla Anthony’ego Gonzaleza nic obcego, ale w przypadku „Couleurs” czas trwania nie wynika z fascynacji rozwlekłym ambientem, który zwykł kończyć albumy Francuza, a eksploracją terenów stricte tanecznych. House’owy rytm podkreślony obowiązkowymi clapami przez dobrych kilka minut nadaje ton pod rozmytą melodię, która koniec końców bierze górę nad klubowym charakterem, otwierając piosenkowy finisz. Cały czas, nawet gdy w ruch idzie cowbell, mleczna shoegaze’owa powłoka stara się wywlec na wierzch tę niewinną słodycz, która stanowi esencję M83.






Komentarze