• Aktualności
  • Blog
  • Koncerty
  • Recenzje
  • Artykuły
  • Wideoklipy

Warto sprawdzić

Azealia Banks będzie znowu rapować na Machinedrumie.
Music of the Future przedstawiają Karenn.

Siekiera – Ballady na koniec świata

Manufaktura Legenda, 2011

Wyraźnie słyszę, co zamierzał osiągnąć Tomasz Adamski decydując się na taki kształt Ballad na koniec świata, ale chęci to jedno, efekt końcowy drugie. Problem z tym albumem polega na tym, że jest Edwardem Cullenem neofolku. Lśni.

Pierwsze, co mnie uderzyło, słuchając jeszcze promującego singla “Przekwitło lato”, to podobieństwo do Swans z okresu White Light From the Mouth of Infinity. Zamiana surowego, chłodnego rocka na apokaliptyczne balladziarstwo przebiegła jednak u Siekiery z pominięciem kilku ważnych szczebli. W historii zespołu powstała luka i wydany pod koniec zeszłego roku album nie powinien raczej ukazać się pod tym samym szyldem. Nawet nie chodzi o to, że “senne niedźwiedzie” kalają spuściznę Nowej Aleksandrii. Sporo z osób, do których trafi ta płyta nie było jeszcze na świecie, gdy grupa była na kreatywnym szczycie. Równie wiele, choć starszych, na fenomen się nie załapało. Siekiera to zjawisko zamknięte, w pełni określone, znane praktycznie wyłącznie z legend i podań.

Aż tu nagle po ćwierć wieku pojawiają się disneyowskie Ballady na koniec świata, których brzmienie jest nie do zniesienia i przypomina o wszystkich najgorszych kliszach i stereotypach. Jak na płytę, która chce poruszać tematy ostateczne, nowa Siekiera zaskakuje swoim świetlistym, plastikowym charakterem. W połączeniu z niespiesznym tempem i względną oszczędnością, Ballady… sprawiają wrażenie zestawienia new age’owej błogości z polonistyczną wrażliwością. To jedno z najgorszych możliwych połączeń.

W “Przekwitło lato” czy “Ludzie mówią” wysunięta często na pierwszy plan akustyczna gitara o metalicznym brzmieniu odsyła w Bieszczady albo na inne spotkanie miłośników poezji śpiewanej. To co miało uchodzić za dojrzałe, wyszło prostacko. Elfickie fujarki intra “Na pewno” to szczyt folkowej tanizny. Szepty, powtórzenia i wielogłosy powtarzające się na przestrzeni materiału z początku zwyczajnie kiczowate i niegroźne, doprowadzają do szału, gdy w “Poza czasem” zaczynają przypominać lepki styl “Piotrka” Ścianki. Obraz dźwiękowego banału dopełnia pianino w “A gdyby”, któremu towarzyszy powrót obrzydliwej fujarki i dwa promieniujące spokojem głosy, którym wydaje się chyba, że śpiewają w programie dla dzieci. Brak mi słów na tę bezpłciowość, tę nijakość, która toczy nawet próby pójścia w stroną eteryczności Dead Can Dance czy zawziętości martial industrialu. Album zgłasza pretensje do bycia czymś zdecydowanie większym niż jest.

Fatalne wrażenie pośpiesznie nagranego tworu uzupełniają rozkosznie naiwne teksty, posługujące się śmiechu wartymi metaforami i obrazami. “Tuż obok kapcia wylękniona mysz zastyga nagle niczym posąg” to mój zdecydowany faworyt.

Nie potrafię znaleźć na Balladach… ani jednego dźwięku, który byłby w stanie zrehabilitować ten album. Żadnego sygnału mówiącego, że to tak naprawdę pastisz. Zero usprawiedliwienia dla tragicznego brzmienia, nijakiej treści i odpychającej estetyki. A wydawało się, że w 2011 nie będzie już niczego gorszego od Lulu.

Łukasz Warna-Wiesławski, 9 stycznia 2012 o 12:09

« Ekspres Niedzielny I

Michael Kiwanuka zwycięzcą BBC Sound 2012 »

Komentarze

  • Popularni wykonawcy
  • Animal Collective
  • Bon Iver
  • James Blake
  • Lana del Rey
  • Radiohead
  • Scuba
  • The XX
  • Zola Jesus
  • Festiwale
  • Asymmetry Festival
  • San Miguel Primavera Sound
  • Selector Festival
  • Heineken Open'er
  • Dour Festival
  • OFF Festival
  • Tauron Nowa Muzyka
  • Unsound Festival
  • Menu
  • Aktualności
  • Blog
  • Koncerty
  • Recenzje
  • Artykuły
  • Wideoklipy
  • © 2010-2012 Niezal Codzienny
  • O stronie / Kontakt
  • RSS
  • Facebook
  • Google+
  • Twitter