Sleigh Bells – Reign of Terror
Mom + Pop, 2012
Próbując pokazać się z bardziej dojrzałej strony i biorąc się za bary z piosenkowością, Sleigh Bells utracili to, co w ich muzyce było najcenniejsze. Na Reign of Terror próżno szukać spontaniczności i pozytywnego luzu, który cechował Treats. To była durna płyta. Prosta, by nie rzec prostacka. Wynagradzająca jednak słuchacza za wyniszczanie swoich bębenków natychmiastową przyjemnością. Duet stworzył unikatową kreację, łącząc rockowy swag ze słodkością cheerleaderskich okrzyków, tylko po to, by dwa lata później zaprzepaścić wszystko próbując sięgnąć szerszego audytorium.
Problemem nie jest tu zmiana oblicza na nieco bardziej przystępne, a fakt, że Derek Miller i Alexis Krauss nie mają wystarczających zdolności, by napisać kilka różnych, broniących się samodzielnie piosenek. Od początku do końca Reign of Terror brzmi jak jeden zapętlony kawałek. Co gorsza, uderzający jest rozdźwięk między dwoma stronami, które duo stara się połączyć. Część rockerska nieznacznie ugładzona i przede wszystkim lepiej wyprodukowana, w stosunku do poprzedniego albumu, w bardziej dopracowanych szatach prezentuje się raczej śmiesznie i razi swoją banalnością. Nałożone na nią szczebiotanie często sprawia wrażenie, jakby w tej samej chwili grały dwie zupełnie różne piosenki. Wrażenie niedopasowania podkreśla automat perkusyjny, zupełnie zagubiony w tym nowym wcieleniu. W ucho wpada jeszcze jako tako “End of the Line” o w miarę wyrazistym refrenie. Reszta krążka niestety nie wie czy jest balladą, czy noise popowym hitem. To jak na razie największy tegoroczny zawód.
Łukasz Warna-Wiesławski, 20 lutego 2012 o 4:04




Komentarze