The Asteroids Galaxy Tour – Out of Frequency
Debiut The Asteroids Galaxy Tour był jedną z moich ulubionych płyt wiosny 2009. Lekka i przebojowa muzyka czerpiąca garściami z funku i lekkiej psychodelii, o wówczas niezrealizowanym jeszcze potencjale komercyjnym, znakomicie sprawdzała się w towarzystwie pierwszych promieni słońca. W uroczej i charyzmatycznej wokalistce łatwo się było zakochać, a odpowiedzialny za muzykę Lars Iversen miał w rękawie niejeden potężny hook.
Wydane po trzech latach Out of Frequency to udane rozwinięcie Fruit. Wyraźnie słychać, że zespół miał środki na dopieszczenie płyty w studio (dzięki ci Amy Winehouse, dzięki ci Katy Perry, dzięki ci Heinekenie), co przełożyło się na pewien brzmieniowy ład, rozmach czy szersze spektrum instrumentów, ale też sporo pomysłów na fajne piosenki. Oczywiście główną rolę w dalszym ciągu gra wspaniała Mette Lindberg, której skrzekliwy śpiew, do spółki z sekcją dętą, nadaje Asteroids Galaxy Tour zawadiackiego charakteru. Pojawiają się głosy, że ich kawałki mogłyby trafić do ekranizacji kolejnych przygód Jamesa Bonda. Ja bym jednak dał pierwszeństwo Cate Archer (szczególnie króciutkie interludia nadają się do jakiegoś wciągającego trailera).
Duńczycy komunikują się paletą retro dźwięków, ochoczo sięgając po najbardziej euforyczne momenty funku, disco czy soulu, ale robią to w sposób bardzo specyficzny. Trudno pozbyć się wrażenia przerysowania, jinglowości. Dzięki tej nieco plastikowej fasadzie, w zasadzie każdy z tych kilkunastu piekielnie nośnych kawałków to murowany kandydat do reklamy. Żadna to jednak wada, gdy w tym image’u grupa jest bardzo konsekwentna od lat. Na łopatki kładzie The Go! Team na ich własnym polu (orgia trąbek w “Major”, choć dęciaki szaleją praktycznie przez całą długość krążka). Bez wstydu posiłkuje się również kurortowymi wręcz refrenami (wyjątkowo guilty “Out of Frequency” czy “Suburban Space Invader”), które aż się proszą o dodatkowy chórek w wykonaniu słuchacza. Formuła wszystkich piosenek jest niemal identyczna, ale album jest krótki i nie sposób się znudzić, gdy marszowe rytmy torują drogę cyrkowym erupcjom raz za razem. Mając słabość do promieniującej radością muzyki zdradzającej tendencje do beztroskiego przesadzania z poziomem cukru, obok Asteroids Galaxy Tour przejść obojętnie nie można.
Łukasz Warna-Wiesławski, 2 lutego 2012 o 20:26





Komentarze