Lindstrøm
Hans-Peter Lindstrøm wydał w tym tygodniu fantastyczne Six Cups of Rebel i z tej okazji zadałem mu kilka pytań dotyczących krążka. Choć recenzje są mieszane, gdy rozmawiałem z Norwegiem, był w znakomitym humorze. Oto, co miał do powiedzenia lubiący robić na przekór muzyk, którego nowe wydawnictwo łączy w sobie taneczny charakter disco i house’u z prog rockowymi tendencjami.
O tytule.
Kilka lat po tym, jak zacząłem publikować muzykę nakładem Feedelity, swojego własnego labelu, wydałem dwunastkę pod pseudonimem Six Cups of Rebel. Myślałem, że ta muzyka jest zupełnie inna od tego co robiłem wcześniej i wydawało mi się, że to dobry pomysł, by pracować pod wieloma aliasami, gdy nagrywasz dużo różnych dźwięków. Jednak zgodnie z powszechnym przekonaniem, gdy zostajesz artystą, nie powinieneś się odsuwać zbyt daleko od muzyki, którą tworzysz.
O charakterze albumu.
Próba zbudowania pewnej historii, z początkiem, środkiem i zakończeniem, to bardzo ciekawe wyzwanie. Bardzo często słuchając innych płyt chciałbym żeby te dwie-trzy sekundy ciszy były zastąpione jakimś płynnym przejściem czy innym sposobem, by skleić razem muzykę. Moim zdaniem album ma sens wtedy, kiedy można go postrzegać jako pewną całość a nie zbiór pojedynczych piosenek. Bardzo często miks didżejski z kawałkami pochodzącymi z różnych źródeł brzmi dużo spójniej od muzyki wydanej przez jednego artystę czy zespół. Chciałem żeby Six Cups of Rebel było właśnie bardziej jak taki miks, podkreślając związki między kolejnymi częściami.
O jego żywym brzmieniu.
Bardzo lubię robić coś złego, nieakceptowanego, w sposób, w który nie powinno być to robione. Muzyka tworzona na komputerze zawsze była postrzegana jako chłodna, mechaniczna, pochodząca raczej od robotów niż ludzi. Kraftwerk dość mocno utrwalił ten pogląd. Warto czasem odwrócić wszystko do góry nogami. To jak chodzenie po cienkiej linie. Granie na perkusji palcami przez klawiaturę midi daje mi zupełnie inne rezultaty niż sięgnięcie po prawdziwy zestaw, ale faktycznie, udało mi się uzyskać nieco bardziej żywe brzmienie niż poprzednio. Może jest lepiej, może gorzej [śmiech].
O tym, kto je zainspirował.
Zawsze znajduję inspirację w słuchaniu innej wykonawców, przypatruję się instrumentom, sposobom w jaki muzyka jest aranżowana. Ostatnio byłem zaciekawiony tym, jak Frank Zappa czy Philip Glass korzystali z syntezatorów w połowie lat 80-tych. Tworzyli współczesną muzykę awangardową nie korzystając z usług orkiestry czy zespołu, jak zwykli to czynić, a w zamian wyrażali się przez programowanie synclavieru czy innej nowoczesnej technologii. Starałem się tym razem pracować zupełnie inaczej, pisząc i nagrywając muzykę używając mnóstwa plików midi, które traktowałem na rozmaite sposoby, o których wcześniej nawet nie myślałem.
O podniosłych dźwiękach.
Gdy byłem mały, grałem w kościołach. Może jakoś po dwudziestu latach te doświadczenia przebijają się do mojej obecnej twórczości, ale nie wiem…. Po prostu uwielbiam brzmienie kościelnych organów. Olbrzymie wrażenie robi też na mnie budowanie tego intensywnego, potężnego dźwięku przez zestawienie wielu rytmicznych elementów w jednym czasie.
O bardziej eksperymentalnych fragmentach.
W utworze tytułowym spodobał mi się po prostu kontrast między kwaśnym brzmieniem 303-ki a tym jak bardzo organiczne wrażenie sprawia gra perkusji i gitary. To chyba jedyny kawałek bez wokalu, jeśli nie liczyć śmiechu pod koniec. Chciałem użyć głosu we wszystkich utworach, ale z pewnego nieokreślonego powodu ten jeden skończył jako instrumental.
O śpiewaniu.
To była świetna decyzja, by w końcu uzupełnić utwory o ścieżki wokalne. Na wspólnym albumie z Christabelle nagrałem kilka harmonizujących wokali i dlatego że bardzo mi się to spodobało, postanowiłem spróbować jeszcze raz, tym razem samemu. Szczerze mówiąc, był taki moment w życiu, w którym najzwyczajniej w świecie znudziłem się robieniem muzyki instrumentalnej. Potrzebowałem trochę odmiany, robienie w kółko tego samego nudzi mnie śmiertelnie.
O nadchodzących występach na żywo.
Zawsze występuję korzystając z laptopa mając na pokładzie Ableton Live. Tym razem większość utworów jest zbyt złożona, by zagrać je w warunkach klubowych. Będę je upraszczał i zamierzam przygotować alternatywne wersje, które lepiej sprawdzą się jako podkład do tańca. To będzie chyba ciekawe dla słuchaczy usłyszeć ten sam materiał, a jednak inny.
O tym, co po nich.
Są nowe rzeczy, których chciałbym spróbować [śmiech]. Pracuję już nad kilkoma pomysłami, które powinny się przełożyć na przyszłe projekty. Nic się jeszcze nie zmaterializowało, ale sporo rzeczy już kończę. Pewnie wydam coś nowego jeszcze przed końcem roku.
Łukasz Warna-Wiesławski, 10 lutego 2012 o 12:29




Komentarze